środa, 12 lipca 2017

Rozdział 19: ,,Tego mi było trzeba."

               Delikatnie rozchyliłam powieki.
               Jest już jasno.
               Wyciągnęłam ręce ponad głowę, po czym zaczęłam się rozciągać, pomrukując przy tym w wyjątkowo uroczy sposób. Odetchnęłam głęboko.
               Dobrze mi się spało.
               Ułożyłam ręce z powrotem na miejsce. Otworzyłam powoli oczy. Objęłam wzrokiem niewielkie, oświetlone światłem słonecznym pomieszczenie.
               To, co zdarzyło się wczoraj, nie było snem, prawda?
               Podniosłam się do pozycji siedzącej. Spojrzałam po sobie.
               Zasnęłam w ubraniach? No trudno, ale…
               Zerknęłam przez ramię.
               Na poduszce obok leży zgięta na pół karteczka.
               Zmarszczyłam brwi. Przekręciłam się w jej stronę, a następnie wzięłam ją do ręki. Na górze widnieje napis „Dzień Dobry”. Palcem odgięłam karteczkę.

„Przepraszam, że nie przywitałem się osobiście.
Nie chciałem Cię budzić.”

               Szeroki uśmiech wyrósł na moich ustach.
               To nie był sen!
               Zachichotałam wesoło. Wyskoczyłam z ogromnego łóżka. Otworzyłam drzwi na oścież. Rozejrzałam się po pokoju.
               Nikogo tu ze mną nie ma, ale za to na blacie widzę mój telefon.
               Ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Uniosłam brwi, widząc kolejną karteczkę.

„Daisy mi chyba nie ufa. ;)”

               Zaśmiałam się krótko.
               Co?
               Zdjęłam karteczkę z wyświetlacza, a następnie nacisnęłam guzik. Otworzyłam szeroko oczy. Trzydzieści cztery nieodebrane połączenia od Daisy.
               Ona chyba zwariowała!
               Nacisnęłam zieloną słuchawkę, a następnie przyłożyłam telefon do ucha.
               Pewnie się zamartwia, ale zupełnie niepotrzebnie.
               – Nareszcie! – krzyknęła głośno. Odsunęłam odrobinę telefon od siebie. Na pewno się martwiła. – Czemu nie odbierałaś?! Martwiłam się o ciebie!
               Uśmiechnęłam się pod nosem. Ona jest niemożliwa!
               – Hej, bez nerwów! – przerwałam jej, jednocześnie cicho się śmiejąc. – Wszystko w porządku! Przepraszam, ale… – zamilkłam. Powiedzieć czy nie powiedzieć?
               – Justin jest gdzieś obok ciebie? – wtrąciła.
               – Um… Nie. – zaprzeczyłam.
               – Czyli pojechał na spotkanie?
               – Nie wiem, gdzie jest. W nocy wezwał go… - przełknęłam głośno ślinę. – tata. – Z trudem przeszło mi to określenie przez gardło. – I pojechał dokądś. Od tamtej pory go nie widziałam.
               – Więc skoro nie odbiera, to prawdopodobnie pamiętał. Bardzo dobrze. – oznajmiła ciszej. A teraz kolejne pytanie, gdzie ty jesteś?
               Też bym chciała wiedzieć.
               – Um… – Odwróciłam się w stronę pokoju. Zaraz… Czy tam w kącie jest walizka? – Wczoraj Niall dał Justinowi klucze. Sądzę, że mogę być w jego mieszkanku.
               – A tak, pamiętam! – oznajmiła głośniej i… mam wrażenie, że trochę weselej. Jakby nagle humor jej się poprawił.
               Ruszyłam wolno w stronę dużej torby.
               – Jest tam wszystko, co potrzebne, czy coś ci przywieźć? Mam jeszcze trochę czasu, więc mogę na chwilę wpaść. – wyjaśniła. – Oczywiście, jeśli Niall mi powie, gdzie cię znajdę. – zaśmiała się melodyjnie.
               Usiadłam na rogu kanapy. Odpięłam zamek. Uniosłam wysoko brwi.
               Justin przywiózł moje rzeczy? Jejku, jakie to miłe.
               – A dokąd jedziesz?
               – Mam trochę roboty dzisiaj w korporacji.
               W korporacji…
               Rozpięłam całą walizkę.
               – A będzie tam Justin?
               Zapadła cisza.
               To chyba źle zabrzmiało. Pośpieszyłam się z tym pytaniem.
               – I inni? – dodałam w końcu.
               – Tak. – powiedziała pewnym głosem. Mam wrażenie, że uśmiechnęła się szeroko. – Jadę w to miejsce, gdzie powinien być Justin. – oznajmiła wyjątkowo wymownym tonem.
               – A mogłabym zabrać się z tobą? Nie chcę siedzieć tutaj sama
               – Nie ma najmniejszego problemu. – odpowiedziała tym samym tonem.
               Coś podejrzewa. Ta, podejrzewa… Ona wie!
               – Dobrze, to… widzimy się niedługo? – zapytałam niepewnie. Przyznam, że trochę niezręcznie się zrobiło. Mi przynajmniej.
               – Postaram się przyjechać najszybciej, jak tylko się da. Już nie mogę się doczekać naszego spotkania. – zachichotała.
               Szeroki uśmiech wyrósł na moich ustach.
               – To nie tak, jak mogłoby się wydawać. – zaprzeczyłam.
               – Odnoszę wrażenie, że jest o wiele lepiej niż mi się wydaje. – zaśmiała się. – Do zobaczenia!
               - Pa. – oznajmiłam krótko, po czym rozłączyłam się.
               Ja się zawsze zdradzę. Ale jak mogłabym to trzymać tylko dla siebie?! Przecież to było takie… No… Jeju! Nie umiem znaleźć określenia, które odpowiednio nazwałoby moje obecne odczucie! I jeszcze to, że zostawił mi te karteczki i… i przywiózł moje rzeczy. To takie urocze! Ale… on już zawsze będzie taki? To byłoby dziwne. Kochane, ale jednocześnie dziwne.
               Idę się wykąpać, bo chyba mnie rozniesie! JUSTIN MNIE KOCHA!

~*~

               – Naprawdę powiedział ci coś takiego?! – zawołała zszokowana i jednocześnie rozzłoszczona Daisy. Wzięła kilka głębszych wdechów. Ustawiła łokieć na kierownicy, a następnie oparła głowę o dłoń. – Ja wiedziałam, że jest idiotą, ale nie sądziłam, że do tego stopnia.
               Teraz trochę żałuję, że powiedziałam jej o tym, co Justin zrobił przedwczoraj. Jednocześnie cieszę się, że nie wyznałam jej tego wcześniej, bo pewnie w nocy nie byłoby tak kolorowo.
               – Wiedziałam, że coś jest nie tak. – zaprzeczyła. – Tylko sądziłam, że tak reagujesz na powrót do normy.
               – Teraz już wiesz, czemu byłam taka oporna. – przyznałam cicho. – Ale i tak dobrze się stało.
               – Tak. To bardzo dobrze, że ruszyło go sumienie. – przytaknęła. – Postąpił jak skończony gówniarz. Nie spodziewałam się po nim takiego szczeniackiego zachowania. Jestem jednak pod wrażeniem, że otworzył się przed tobą. To duży plus. Zawsze jakiś progres. – westchnęła cicho.
               – Ale – zaczęłam. – to nie wszystko.
               – Nie? – zapytała cicho, ale raczej skierowała to do siebie. – No tak. Nie miałabyś tak dobrego humoru, gdybyś dostała same wyjaśnienia. – delikatny uśmiech pojawił się pod jej nosem. – Co jeszcze się zdarzyło?
               Westchnęłam cicho. Oparłam się.
               – Uświadomiłam mu, jak sprawy wyglądają z mojej strony. – Uśmiechnęłam się szeroko. – I… - przeciągnęłam. Odwróciłam głowę w stronę Daisy. – I powiedział, że mnie kocha. – oznajmiłam ciszej. Zachichotałam, po czym przygryzłam dolną wargę, próbując powstrzymać się od wydania z siebie jakiegoś niezidentyfikowanego dźwięku, który miałby oznaczać moje podekscytowanie.
               Daisy otworzyła szeroko oczy. Skierowała na mnie swoją uwagę.
               – Co? – zapytała zdziwiona.
               Zaśmiałam się uroczo.
               Niech nie każe mi tego powtarzać, bo będę chichotać, jak podczas dzisiejszej kąpieli!
               – Justin powiedział, że mnie kocha! – powtórzyłam głośniej.
               – I ty mówisz mi o tym dopiero teraz?! – zawołała, a zaraz potem szturchnęła mnie w ramię. Zaczęłam się wesoło śmiać. – Trzeba było od tego zacząć rozmowę! Powinnaś mnie przywitać tą wiadomością! Jak mogłaś to tak długo przede mną ukrywać?! Zaraz cię wyrzucę z tego samochodu! – Uśmiech na jej twarzy wyrósł na tyle, że z trudem udawało jej się wypowiadać kolejne zdania.
               Zakryłam usta ręką, próbując w ten sposób zagłuszyć mój śmiech.
               – Kurwa mać, Ronnie! – krzyknęła, skupiając wzrok na drodze. Przesunęła po swoich ustach ręką. – Nie wiem, co mam powiedzieć. – zaprzeczyła, po czym zaczęła się śmiać. – Boże, to wspaniale!
               – Dokładnie! – przytaknęłam. – Ale wiesz… - Przekręciłam się trochę w stronę dziewczyny. – Póki co, proszę, by zostało to między nami.
               – To raczej sprawa oczywista! – Machnęła ręką. – O nic nie musisz się martwić! – zaprzeczyła.
               Położyłam policzek na oparciu.
               – Dziękuję. – oznajmiłam ciepło.
               – Nie sądziłam, że dzisiaj usłyszę tak niesamowitą wiadomość. – westchnęła, jednak uśmiech nie zniknął z jej twarzy. – Pewnie byłaś bardzo zdziwiona.
               Mruknęłam uroczo pod nosem.
               – Raczej mile zaskoczona. – zaśmiałam się cicho.
               Daisy spojrzała na mnie kątem oka.
               – Nie chcę znać szczegółów, ale jeśli posuniecie się dalej, to mi powiesz, prawda? – Ostatni wyraz celowo przeciągnęła.
               – Coś na pewno wspomnę. – przytaknęłam.
               – Ale szybciej niż po pół godzinie, dobrze? – zachichotała.
               Zaśmiałam się.
               – W porządku!
               Już mnie policzki bolą od tego cieszenia się, ale nie mogę przestać. Właściwie to nawet nie chcę. Jest dobrze. Nareszcie!
               Ale skoro mowa o sprawach damsko-męskich…
               – Um, Daisy? – zaczęłam. – Nie chciałabym być wścibska, ale czy ty i Niall nie macie się przypadkiem ku sobie? – uniosłam pytająco jedną brew.
               – Ja i Niall? Nie! – zaprzeczyła, chichocząc przy tym cicho. – To jest tylko mój kolega. – wytłumaczyła, po czym wywinęła nadgarstkiem. – Jak Zayn czy Harry.
               – Nie zauważyłam, by z kimkolwiek innym rozmawiało ci się tak dobrze.
               Policzki Daisy zaczynają się rumienić.
               Nie mylę się.
               – Nie. – zaprzeczyła ponownie, ale tym razem jakby bardziej zawstydzona. – Z Niallem zawsze można się powygłupiać. On jest inny. Bardziej wesoły i wyluzowany. To taki słodki głupek. – podsumowała.
               Uniosłam wysoko obie brwi.
               – Słodki głupek? – zapytałam zadziornie.
               Zaśmiała się cicho.
               – Ronnie, czy ty próbujesz mnie wyswatać?
               – Tylko zapytałam. – wzruszyłam ramionami. – Wnioskując po waszej wczorajszej rozmowie, myślę, że zależy wam na sobie trochę bardziej.
               Daisy spojrzała w moją stronę.
               – To tylko mój kolega, Ronnie. – oznajmiła ciepłym głosem.
               – A Justin tylko mnie przygarnął, Daisy. – Przechyliłam głowę na bok.
               Dziewczyna posłała mi jednoznaczne spojrzenie, a następnie skierowała swoją uwagę na jezdnię.
               – To coś innego.
               Wie, że mam rację.
               – Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale przemyśl tę opcję. – Spojrzałam przed siebie. – Może warto się przekonać?
               Westchnęła.
               Tak. Wiem, jak to jest być w takiej sytuacji. Mi jednak wystarczyło wsparcie od Daisy, więc jeśli zajdzie taka potrzeba, to ja postaram się być z nią. Jeśli będzie chciała.
               – Dziękuję. – oznajmiła cicho.
               Zmarszczyłam brwi. Spojrzałam na dziewczynę.
               Chyba zgubiłam wątek.
               – Za co?
               – Za wszystko. – odpowiedziała ciepłym głosem. – Jesteś jedyną osobą, z którą mogę pogadać o takich typowo przyziemnych sprawach. Mam taki fach, że sama w życiu nie wpadłabym na pomysł, że mogłabym z kimś być. Wiesz, tak teraz. – oznajmiła ciszej. – Zgadza się. Traktuję Nialla trochę inaczej. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale dziękuję, że zwróciłaś mi na to uwagę. Będę miała o czym rozmyślać na nudnym zebraniu. – Delikatny uśmiech wyrósł pod jej nosem.
               Uśmiechnęłam się.
                – Nie ma za co. – odparłam. – Ale… – przeciągnęłam. – Z nikim nie możesz porozmawiać na luzie? Wiem, że z facetami jest inaczej niż z koleżanką, ale np. z Robin nie plotkujesz czy coś?
               – Nie, Robin nie interesuje się takimi sprawami. – wyjaśniła, po czym zaczęła zatrzymywać samochód. Zerknęłam na zewnątrz. Przed nami niezły korek. – Miała ciężkie życie. – Oparła się swobodnie. Zdjęła ręce z kierownicy, po czym spojrzała na mnie. – Wychowała się w domu dziecka. Tam nauczyła się, że jeśli chce coś osiągnąć, to musi o to walczyć i najlepiej na nikim nie polegać, ponieważ każdy może okazać się zdrajcą. Mimo wszystko od zawsze lubiła współpracować albo raczej czuć się za kogoś odpowiedzialna. Wiele nas nauczyła. Gdyby nie ona, pewnie nadal nie mogłabym nosić przy sobie żadnej broni, bo nie umiałabym z niej korzystać. – zaśmiała się. Spuściła na chwilę wzrok na skrzynię biegów. – Jest naprawdę kochaną osobą, ale bardzo twardo stąpa po ziemi. Gdyby nie to, pewnie nie rozkochałaby w sobie Harry’ego.
               Możliwe… To wyjaśniałoby, czemu wczoraj na mnie naskoczyła. Chociaż…
               – Wczoraj spławiłam Harry’ego, ponieważ byłam w dołku i nie chciałam natknąć się na Justina. Gdy usiadłam przy barze, to Robin przyszła do mnie z pretensjami. Powinnam się tym przejąć? – Uniosłam pytająco brew.
               – Coś ty. – Machnęła niedbale ręką. – Gdy ma gorszy dzień, to czepia się wszystkich. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, więc nie bierz tego do siebie.

~*~

               Człowieka dopada naprawdę dziwne uczucie, gdy dowie się, że jest komuś potrzebny. Że jego obecność w jakimś miejscu ma dla kogoś jakiekolwiek znaczenie. Może nie sądziłam, że jestem jak kula u nogi, ale nie przypuszczałam też, że ktoś mógłby być dzięki mnie szczęśliwszy. Co prawda, Lisa często powtarzała, jak to bardzo nie dałaby sobie beze mnie rady. Jednak to było coś innego. Miała wiele koleżanek i każda wyciągała ją w większych czy mniejszych tarapatów. Jeśli nie ja, to pomógłby jej ktoś inny.
               Z kolei Daisy przyznała, że bardzo się cieszy, że mnie ma, bo tylko ze mną robi coś, czego nie może z nikim innym. To właściwie idzie także w drugą stronę, ponieważ jest ona na tyle ogarniętą osobą, że obojętnie, jaki temat nie zostałby poruszony, to zawsze się do niego postara w jakiś sposób odnieść. Z bardzo miłe, ponieważ ilekroć rozmawiałam z Lisą o ważniejszych sprawach, to ona tylko przytaknęła kilka razy i zaraz zmieniła temat. Albo mnie nie słuchała i miała gdzieś moje problemy.
               Nie chcę ich teraz obu porównywać. Jednak z perspektywy czasu stwierdzam, że Lisa była tylko moją koleżanką.
               Drzwi do windy otworzyły się. Wyszłam na korytarz.
               Jak to powiedziała Daisy? Dwa razy w lewo, tak?
               Ruszyłam.
               Trochę szkoda, że musiała zostać na parterze, ponieważ naprawdę byłam ciekawa jej zdania, ale nie będę jej odciągać od pracy. Najwyżej jeszcze do tego wrócimy.
               W oddali słychać czyjeś kroki.
               Jakby się tak teraz zastanowić, to nie powinien się ktoś zainteresować moją obecnością tutaj? Nie wyglądam na osobę pracującą w takim miejscu. Co innego, gdybym z kimś jeszcze szła, ale – jakby nie spojrzeć – sama wałęsam się po korytarzu ogromnego biurowca. Gdybym została przez kogoś zaczepiona, to co miałabym powiedzieć? Przyszłam odwiedzić znajomych? Czy, że „jestem tu z Jokerem”? Szczerze nie wiem, która opcja brzmi mniej wiarygodnie.
               Otworzyły się gdzieś niedaleko drzwi. Ktoś z nich wyszedł.
               Zatrzymałam się.
               Nie będę ukrywać, że trochę się boję. Chociaż nie jestem przekonana, czy mam czego.
               – Dobrze, że cię widzę! – Po korytarzu rozniósł się głos Louisa.
               Odetchnęłam z ulgą. Ruszyłam żwawo do przodu.
               – Widziałeś gdzieś Nialla? Nie złożył jeszcze raportu. – mruknął.
               – Nie miałem dzisiaj przyjemności zobaczenia się z nim. – oznajmił głęboki i jednocześnie bardzo dobrze mi znany głos.
               – Jokerowi to się nie spodoba. – westchnął.
               Wyjrzałam ostrożnie zza rogu, by upewnić się na pewno usłyszałam rozmowę dwóch znajomych mi osób. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc Louisa i Harry’ego, a raczej jego plecy.
               – Cześć, Ronnie. – przywitał się Louis.
               – Hej. – odparłam cicho. Pokiwałam do mężczyzny, jednocześnie wychodząc zza rogu.
               Harry odwrócił się w moją stronę, od razu witając mnie przyjaznym wyrazem twarzy. Bez większego namysłu podeszłam do niego, po czym mocno wtuliłam się w jego ciało, owijając go rękoma w pasie. Zaciągnęłam się zapachem jego wody kolońskiej.
               – Witaj Harry. – powiedziałam ciepło.
               Mężczyzna zaśmiało się cicho. Otulił mnie swoimi ramionami.
               – Witaj. Naprawdę miło cię widzieć, Veronico. – odpowiedział, a ja przy każdym wyrazie czułam, jakby głowa drżała mi na jego torsie pod wpływem tego niesamowitego głosu.
               Szczerze przyznam, że uwielbiam, gdy zwraca się do mnie pełnym imieniem. Zawsze mówi to z dumą. Jakbym była kimś naprawdę ważnym.
               – Nie uszło mojej uwadze, że jesteś dzisiaj w o wiele lepszym nastroju. Nie zaprzeczę, iż bardzo mnie to cieszy.
               Zaśmiałam się cicho. Uniosłam delikatnie głowę, by móc spojrzeć na mężczyznę. Uśmiecha się do mnie. Jeden z kącików jego ust jest wyraźnie bardziej zaciągnięty do tyłu, co dodaje mu dużo uroku. Z tym uśmiechem mógłby być doskonałym łamaczem kobiecych serc.
               – Przepraszam, jeśli wczoraj źle się przeze mnie poczułeś. Nie byłam w najlepszym humorze i uciekałam przed wszystkimi, by nikomu nie zepsuć zabawy. – wyjaśniłam.
               – Musiałbym być szalony, by gniewać się na ciebie o taką błahostkę. – zaprzeczył.
               Dlaczego wszystko, co powie Harry, sprawia, że czuję się, jak osoba wyjątkowa?
               – Dziękuję. – Posłałam mu szeroki uśmiech.
               Zza pleców Harry’ego dobiegło odchrząknięcie.
               – Nie chciałbym przerywać tej filmowej sceny miłości i wybaczenia, ale zaraz będą wychodzić. – oznajmił półszeptem Louis.
               Harry zerknął na niego przez ramię, a potem znowu skierował na mnie swoją uwagę.
               – Wymagają od nas profesjonalnego zachowania. – starał się wypowiedzieć te słowa poważnie, jednak przez jego uśmiech zabrzmiały zupełnie inaczej.
               – Dobrze. – przytaknęłam, a następnie odsunęłam się od mężczyzny.
               Przesunął opuszkami palców po moim ramieniu, po czym puścił do mnie perskie oko i prostując swoją postawę, skierował się na wprost korytarza przed nami.
               Po chwili ciszy drzwi na końcu otworzyły się. Z pośpiechu z pomieszczenia zaczęli wysypywać się mężczyźni w garniturach. Zrobiło się głośno, gdyż zaczęli gorączkowo wyrażać swoje opinie na temat tego, co przed chwilą działo się w tamtym pokoju. Nie jestem w stanie określić, czy są niezadowoleni z sytuacji czy na przestrzeni lat ich twarze po prostu powyginały się w grymasy pokazujące wieczne niezadowolenie jak u ojca Justina. Co ciekawe, żaden mężczyzna nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Z jednej strony – to dobrze. Nie chciałabym, by ktokolwiek się do mnie przyczepił, jednak z drugiej – czuję się dziwnie. Jakbym była tak mało ważna, że żaden z nich nie raczy nawet odwrócić wzroku w moją stronę. Nie, żeby mnie to jakoś martwiło, oczywiście.
               Harry zdaje się wyłapywać w tłumie osoby, z którymi mógłby utrzymać chociażby przez chwilę kontakt wzrokowy. Co jakiś czas kiwa twierdząco głową, jednak nie wiem, czy to w geście pożegnania czy chodzi o coś innego.
               Z pomieszczenia wyszedł Justin. Ma kamienny wyraz twarzy, jednak nie wygląda na zadowolonego. Najwyraźniej coś poszło nie tak. Wsunął ręce do kieszeni eleganckich, czarnych spodni.
               Przysunęłam się do Harry’ego. Może uda mi się złapać Justina. Może tu spojrzy.
               Westchnął głęboko, po czym dłonią przetarł swoją twarz. W tym też momencie podniósł wzrok. Widok Louisa nie zrobił na nim większego wrażenia. Spojrzał na Harry’ego, a następnie na mnie. Zmusił się do delikatnego uśmiechu. Wsunął rękę z powrotem do kieszeni spodni. Stanął przede mną i Harrym, jednak swoją uwagę skupił tylko na mnie. Wyciągnął w moim kierunku klucz z numerkiem.
               – Piętro niżej. – oznajmił cicho, jednak udało mi się usłyszeć.
               Wzięłam klucz.
               Dłoń Harry’ego spoczęła na ramieniu Justina. On tylko podniósł pusty wzrok, a następnie nas wyminął.
               Jest bardzo źle.
               – Jeśli pozwolisz. – odezwał się Harry. Spojrzałam na ponurą minę Harry’ego. – Obowiązki wzywają. – dodał poważnym głosem, a następnie ruszył wraz z tłumem.
               Zerknęłam na Louisa, z którym posłaliśmy sobie delikatne uśmiechy, a następnie ruszyłam w kierunku windy. Weszłam do środka, po czym wcisnęłam odpowiedni guzik.
               Wysiadłam na wskazanym przez Justina piętrze. Zerknęłam na numerek przyczepiony do klucza. B512.
               Wykonałam kilka kroków w lewo. Drzwi mają numery B508, B507. Nie w tę stronę. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam żwawym krokiem.
               Otworzyłam odpowiednie drzwi, a następnie weszłam do środka. Zapaliłam światło. To jakieś biuro. Ale dlaczego szyby są pozasłaniane?
               Zamknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do biurka. Odłożyłam klucz.
               Nie rozumiem, w jakim celu Justin mnie tu przysłał?
               Ktoś nacisnął na klamkę. Odwróciłam się gwałtownie. Do pokoju wszedł Justin. Podniósł na mnie wzrok, jednak tym razem nie zdobył się na uśmiech. Przetarł twarz dłońmi.
               – Daisy cię tutaj przywiozła? – zapytał. W jego głosie można było usłyszeć wyraźne zmęczenie.
               – Poprosiłam ją o to.
               Spojrzał na mnie podejrzliwie spomiędzy palców.
               – Poprosiłaś? – zapytał, po czym wpakował dłonie do kieszeni.
               – Tak. – przytaknęłam. – Nie chciałam być tam sama.
               – Rozumiem. – westchnął.
               Spuścił wzrok. Jego brwi ułożyły się w taki sposób, że przybrał drwiącą minę. Nie wiem, czy było to zamierzone. Tak czy siak, wygląda, jakby coś go bardzo trapiło.
               – Wszystko w porządku? – zapytałam cicho.
               – Nie. – odpowiedział natychmiast. Oparł się ręką o regał. – Nie wyspałem się i nic nie idzie po mojej myśli. – zaprzeczył.
               Rzeczywiście ciężko. Chciałabym mu jakoś pomóc.
               Przez moje usta przemknął promienny uśmiech.
               Coś mogę zrobić.
               Podniosłam wzrok na Justina. Podeszłam do niego. Wsunęłam ręce pod jego marynarkę, a następnie otuliłam go w pasie. Oparłam się policzkiem o jego ramię.
               – Cokolwiek by się nie stało, to i tak dasz sobie rade. – oznajmiłam.
               Podniosłam wzrok. Uniosłam delikatnie kąciki ust, widząc zdezorientowanie na twarzy Justina. Westchnął cicho, po czym zamknął mnie w swoich ramionach. Dopiero teraz do mojego nosa dobiegł zapach jego zniewalających perfum.
               – Tak myślisz?
               Oderwałam głowę od jego ramienia, a następnie ustawiłam na wprost mężczyzny. Skupiłam wzrok na jego brązowych oczach.
               – Wiem, że tak będzie. – szepnęłam.
               Automatycznie spuściłam wzrok na jego różowe usta. Wysunęłam głowę w stronę Justina, a on w moją. Złączyliśmy nasze usta w pocałunku. W moim brzuchu obudziły się motylki, które pod wpływem zawrotnej prędkości zaczęły się zderzać z czym popadnie. Położyłam dłonie na policzkach Justina. Z kolei on mocno docisnął mnie do swojego ciała. Starałam się pogłębić pocałunek, jednak on wykrzywił usta w szeroki uśmiech. Nie pozostałam mu dłużna. Złapał za jedną z moich dłoni.
               – Dziękuję. Tego mi było trzeba. – oznajmił, kierując wzrok na moją rękę.
               – Buzi?
               Spojrzał na mnie.
               – Ciebie. – oznajmił krótko, po czym musnął wierzch mojej dłoni.
               Spuściłam wzrok. Moje policzki zdają się płonąć, a na usta wtargnął zawstydzony uśmiech, którego nie jestem w stanie zniwelować.
               A idź ty głupi głupku, ty… Bo znowu będę się cieszyć jak dzisiaj pod prysznicem!
               Ktoś wszedł do pokoju i z dużą siłą zamkną za sobą drzwi. Razem z Justinem odwróciliśmy gwałtownie głowy w tamtym kierunku.
               Niall?
               Uniosłam zdziwiona brwi na widok blondyna. Wygląda, jakby się w nim gotowało.
               – Zapierdolili… – mruknął cicho pod nosem.
               – Co? – zapytał Justin. Chyba nie dosłyszał.
               – Zapierdolili mój towar, rozumiesz?! – syknął z taką złością, że żyły na jego szyi na chwilę się uwydatniły. Jego skóra zaczyna się bardzo czerwienić
               Justin ściągnął ze mnie ręce, a następnie się odsunął. Zerknęłam w jego stronę. W nim chyba także zaczyna wrzeć.
               – Weź nie pierdol. – mruknął Justin.
               – Nie pierdol?! – krzyknął Niall. – Zajebali mój kurewski towar, czaisz?! – Poklepał się kilkakrotnie otwartą dłonią po torsie. – Samolot wylądował, jakaś banda skurwieli wleciała na pas, zastrzelili wszystkich strażników, zabrali część towaru, a resztę spalili, razem z samolotem! Ulotnili się, zanim moi ludzie zdążyli wejść na teren lotniska! Teraz o tym trąbią wszystkie media! Na miejscu jest więcej agentów FBI niż staruszek na niedzielnym nabożeństwie!
               Przełknęłam głośno ślinę. Szczerze przyznam, że takiej wersji Nialla się nie spodziewała. Z kolei Justin wygląda, jakby próbował zachować zimną krew. Długo się nie powstrzyma.
               – Wiesz chociaż, kto to był? – zapytał. Po jego głosie można stwierdzić, że jest bardzo podenerwowany.
               – Gdybym wiedział, to w tym momencie rozpierdalałbym tym sukinsynom łby! – warknął blondyn, demonstrując rękoma zgniatanie.
               Przez moje ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
               – No toż kurwa! – krzyknął rozzłoszczony Justin, po czym odwrócił się machinalnie, a następnie uderzył pięścią w regał.
               Odsunęłam się pod wpływem impulsu. Mężczyzna skierował się w stronę drzwi.
               – Rozpierdolę tych wszystkich cwaniaków! – syknął, po czym wyszedł z pokoju. Zaraz za nim pognał Niall.
               Odetchnęłam głęboko.
               Atmosfera zrobiła się napięta, nie powiem. Powinnam z nimi pójść?
               Zerknęłam na kluczyk na biurku.
               Idę!
               Przytaknęłam sama sobie. Zgarnęłam klucz z biurka. Wyszłam z pokoju, zamykając go za sobą, a następnie pobiegłam wzdłuż korytarza, by ich dogonić.
               Nie wiem czy dobrze postępuję. Może nie powinnam o tym wiedzieć ani w ogóle się mieszać.
               Zatrzymałam się na rogu. Justin podszedł do drzwi. Nawet nie zapukał, tylko od razu je otworzył. Zajrzał do środka. Ruchem głowy wskazał osobie w środku, by wyszła na korytarz. Mężczyzna odsunął się pod ścianę. Z pokoju wyszedł Harry. Uniosłam zdumiona brwi.
               Od kiedy on zajmuje się narkotykami?
               Mężczyzna zaczął się rozglądać po korytarzu. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, posłał mi delikatny uśmiech. Odwzajemniłam go.
               – Przejęli nasz towar. – oznajmił bez ogródek Justin.
               Harry zerknął na Nialla, który akurat skrzyżował ręce na klatce piersiowej, po czym znów skierował wzrok na Justina.
               – Jak mógłbym wam pomóc?
               – Oboje wyślecie swoich podopiecznych, by go znaleźli. – oznajmił sucho Justin, wskazując ręką najpierw na Harry’ego, a potem na Nialla.
               Obaj posłali Justinowi zszokowane spojrzenia.
               – Co?! – zawołał półszeptem Niall.
               – Przyjacielu, szanuję twoje decyzje, jednak nie pozwolę zesłać ich do Hadesu. – zaprzeczył Harry.
               – Pragnę zauważyć, że nie zadałem pytania ani nie prosiłem o zgodę. – odpowiedział beznamiętnie Justin.
               – Łapanie kłamców to jedno, ale tam może być cała zorganizowana grupa. – wyjaśnił Niall, gorączkowo kręcąc nadgarstkiem.
               – Zgadzam się. – przytaknął Harry. – Wiem, że moich towarzyszy stać na naprawdę wiele, jednak jest ich tylko czterech.
               – Dlatego piątka od Nialla będzie ich osłaniać. – wtrącił Justin. – Skoro wyszli spod waszych skrzydeł, to na pewno sobie poradzą. – dodał, po czym ruszył w moją stronę.
               Niall podszedł do Justina, po czym mocno szarpnął go za ramię, co spowodowało, że ten odwrócił się w jego stronę.
               – Ty chyba nie rozumiesz. – prychnął Niall. – Ja za nich odpowiadam i obiecałem im, że będą robić tylko to, co mówiłem na początku. – wskazał na siebie palcem.
               – To przekaż, że ich awansowałem na inne stanowiska, więc ich role trochę uległy zmianie. – syknął Justin.
               Wyswobodził swoje ramie szybkim ruchem spod ręki Nialla, po czym ponownie ruszył.
               – Spotkanie będzie wieczorem, gdy będziemy w komplecie. – orzekł głośniej.
               Wyminął mnie, sycząc coś pod nosem. Zerknęłam na niego przez ramię, a potem znowu spojrzałam w stronę Nialla i Harry’ego. Obaj wyglądają na załamanych. Zwłaszcza Niall. Nic dziwnego, Justin strasznie ich potraktował. Znowu.
               Harry położył dłoń na ramieniu Nialla. Blondyn jednak zaraz ją strzepał, następnie odwrócił się i zaczął zbiegać po schodach. Harry przesunął dłonią po swojej twarzy, po czym obrócił się w stronę pokoju, z którego chwilę temu wyszedł.
               Zniosę naprawdę wiele, ale widok smutnego Harry’ego to jedno z najgorszych widoków.
               Ruszyłam w jego stronę.
               – Mogę spróbować z nim porozmawiać. – wypaliłam półszeptem, stając tuż obok mężczyzny.
               Z tego, co mówiła Daisy, to mogę przekonać Justina do wielu rzeczy. Nie wiem, o co tak dokładnie chodzi, ale mogę spróbować. Naprawdę źle mi na sercu, gdy widzę, jak surowo są traktowani.
               Harry posłał mi nieco zaskoczone spojrzenie.
               – Wybacz mi, prawie zapomniałem, że tutaj jesteś. – Oparł się dłonią o ramę drzwi. Westchnął głęboko, po czym spuścił głowę. – Wierzę, że dowiem się dzisiaj, z jakiego powodu Justin postanowił zmienić swoją taktykę. Ufam, iż nie jest to wynik jego kaprysu.
               – Przykro mi, że tak wyszło, Harry.
               Mężczyzna natychmiast podniósł głowę, kierując jednocześnie na mnie swoje zielone oczy.
               – Ależ zupełnie niepotrzebnie. – zaprzeczył. Wyciągnął dłoń w moją stronę. Delikatnie wskazującym palcem przesunął po moim policzku. – Nie powinnaś zamartwiać się czymś, co ciebie nie dotyczy. O wiele bardziej przydatne jest pozytywne myślenie i proszę, byś właśnie tym się zajęła. – posłał mi życzliwy uśmiech.
               Uniosłam delikatnie kąciki ust.
               – Długo mam jeszcze na ciebie czekać?! – krzyknął Justin, a jego głos rozniósł się po korytarzu.
               Mam rozumieć, że ta przemiła odzywka była skierowana do mnie?
               Wykonałam krok w tył.
               – Chyba muszę do niego iść. – westchnęłam. – Do zobaczenia.
               – Do zobaczenia. – odparł przyjaźnie Harry, po czym wszedł do pokoju.
               Ruszyłam korytarzem.
               Ja naprawdę nie mam najmniejszej ochoty do niego iść. Owszem, zależy mi na nim, ale znowu zaczyna mi działać na nerwy.
               Wyszłam zza rogu. Justin stoi na środku ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma. Jedna z jego brwi pomknęła drwiąco w górę. Wywróciłam oczami. Mógłby sobie podarować takie zachowanie.
               – Nie pozwolę, byś sama błąkała się po budynku. – mruknął, po czym odwrócił się i skierował przed siebie.
               Nie miałam zamiaru nigdzie łazić. A nawet, jeśli bym została sama, to poczekałabym na dole, na którejś z tych wygodnych kanap.
               Złapał za klamkę drzwi z numerkiem B512. Mruknął coś pod nosem, gdy zdał sobie sprawę, że są zamknięte.
               On naprawdę uważał, że skoro poszłam za nimi, to zostawiłam otwarte?
               Wyciągnął rękę w moim kierunku.
               – Klucz. – odezwał się, ale nawet nie raczył na mnie spojrzeć.
               Uniosłam wysoko brew. Co to, to nie.
               – Nie. – zaprzeczyłam.
               Odwrócił głowę w moją stronę, posyłając mi jednocześnie srogie spojrzenie.
               – Klucz. – powtórzył szorstkim głosem.
               Przez moje ciało przeszły nieprzyjemne ciarki.
               – Najpierw mi obiecaj, że nie zrobiłeś Niallowi i Harry’emu na złość.
               – Czy ty mi stawiasz warunki?
               – Nie. – zaprzeczyłam. – Chcę usłyszeć, że nie potraktowałeś swoich przyjaciół jak gówno, bo musiałeś się na kimś wyżyć.
               Mocno zacisnął zęby. Widać to, bo uwydatniły się przez chwilę jego kości szczęki. Nie jest zadowolony z tego, co powiedziałam. Mimo wszystko, nie boję się go i to mnie trochę przeraża.
               Nachylił się do mnie.
               – Gdyby była inna możliwość, to nie posunąłbym się do takiego czynu, ale muszę podejmować takie decyzje, które będą najlepsze dla ogółu. – mruknął, po czym potrząsnął swoją dłonią. – A teraz klucz.
               Westchnęłam, po czym spuściłam wzrok. Niech mu będzie. Wyciągnęłam z kieszeni klucz. Justin prawie wyrwał mi go z ręki. Jakby się bał, że znowu będę chciała z czymś kombinować. Wsunął klucz w zamek.
               – Proszę. – odparłam cicho.
               Otworzył drzwi, a następnie odsunął się na bok. Kątem oka spojrzałam na mężczyznę. Już się bałam, że kultura go opuściła. Weszłam do pokoju. Wślizgnął się zaraz za mną, po czym zamknął drzwi. Westchnął głęboko. Rzucił klucz w stronę biurka, a następnie wyciągnął rękę w moją stronę. Objął mnie nią, po czym przyciągnął mocnym ruchem do siebie. Odruchowo położyłam dłonie na jego torsie.
               – Wytłumacz mi coś. – szepnął wyjątkowo przyjemnym głosem.
               Nachylił się lekko.
               – Czy to, że cię kocham, upoważnia cię do bycia bezczelną w stosunku do mnie? – mruknął zadziornie.
               Szeroki uśmiech wtargnął na moje usta. Spuściłam wzrok na swoje dłonie.
               Znowu to powiedział!
               Zagryzłam dolną wargę, próbując się powstrzymać.
               – Nie jestem bezczelna. – zaprzeczyłam.
               – Odniosłem nieco inne wrażenie.
               Ronnie, przestań się cieszyć!
               Podniosłam wzrok na Justina.
               – Po prostu martwię się o was. – odparłam.
               Nie pozbędę się tego uśmiechu, no nie pozbędę! Właściwie nie chcę się go pozbywać, ale wyglądam z nim mało wiarygodnie!
               – Nie chcę się mieszać w wasze sprawy, ale widząc, jak ich potraktowałeś, to boję się, że możesz zostać sam. Nie chciałabym, by wasza znajomość ograniczyła się tylko i wyłącznie do pracy. Łączy was coś więcej.
               Ostrożnie dłońmi przesunęłam po jego torsie. Przez twarz Justina przemknął typowy męski grymas, który ma oznaczać, że wie, iż mam rację, ale tego nie przyzna, ponieważ można byłoby to odebrać jako oznakę słabości. Faceci…
               – Postaram się przemyśleć twoje słowa. – westchnął.
               Uniosłam zdumiona brwi.
               Wow, to więcej niż się spodziewałam.

               – Dziękuję. – zaśmiałam się cicho.

6 komentarzy:

  1. To jest genialneeeee

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Awww jacy oni są słodcy 😍,rozdział świetny

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny, cały czas coś się dzieje ani chwili nudy :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham, kocham, kocham!💙💙

    OdpowiedzUsuń